Link :: 18.06.2011 :: 20:17

Siora


Komentuj (0)


Link :: 18.06.2011 :: 20:16
Zwierzęta!











I na koniec Apacz :)


Komentuj (0)


Link :: 18.06.2011 :: 19:59
Kiedyś, baaardzo dawno temu, obiecałam, że pojawi się na mym zacnym blogasku część druga zdjęciowej relacji z podróży do Wenecji i Rzymu. Zebrałam się dziś i oto one.

Fot nie robiłam ja, lecz Adaś i Ster, a kto wie, może i inni :)


Z Pitim :) Moim towarzyszem podróży i posiadaczem makreli i pasztetów.




Gondola






Moje główne zajęcie




Zuza





Po nocce na jednym z miliona rynków. Taak, zrobiliśmy to. Łatwo nie było, ale co kto tej nocy przeżył - jego skarb! :)




Poszukiwania i upragnione błądzenie w Wenecji





Posilanie





I błyskawiczny przeskok do Rzymu :)








Nasze wspólne zdjęcie. Bo i Adaś i ja z aparatem non stop :)




Ruinki :)









Komentuj (0)


Link :: 21.01.2011 :: 12:49
Moje siostry - Agata i Zuza, oraz Apeczek - buldog francuski.

Siostry już znacie - młodsza świruje w swojej podstawówce i miga się od matmy, starsza skończyła studia i pracuje z konikami. Czas, by zapoznać się z Apeczkiem - psem pięknym, niezwykle przyjaznym, energicznym i szalonym. Jego zachowania są wspaniałe (potrafi przez godzinę stać nieruchomo, nigdy wcześniej nie widziałam, żeby pies tak się zachowywał, a przy okazji - mimo swojej masy i "koksowego" wyglądu, jest bardzo skoczny i zwinny).

Co tu dużo mówić - niedługo też będę mieć takiego :)




Apeczek i Agata, jego właścicielka.




Siostra Zuzanna.




No i ja :)







Komentuj (1)


Link :: 21.01.2011 :: 12:40
Wiem, wiem, długa cisza. Ale nic nie poradzę na to, że tyle się dzieje. Ot, chociażby ślub Nowaki i Augusta!

Dałam się namówić - co stwierdzam definitywnie - ostatni raz. Takiego stresu nie chcę przeżywać częściej, o nie. Zawał co 15 minut.




Z Augustem znam się od lat, chodziliśmy razem do szkoły. Nowakę poznałam dużo później, podczas jednej z wielu imprez w Istebnej. W wielkim dniu wszystko na szybko i pędem, nie robiliśmy długo zdjęć, bo wódkę trzeba szybko pić, a rosół stygnie. Wesele!








Fajny to był dzień, fajny to był ślub.


Komentuj (0)


Link :: 24.08.2010 :: 13:41
Dzisiejszy wpis będzie długi i wakacyjny. Po powrocie z tygodniowych turystycznych przygód, pragnę podzielić się mymi obserwacjami, a także dać cenne wskazówki kolejnym ciekawym świata podróżnikom (względnie amatorom leżenia).

Tegoroczny urlop spędziliśmy na greckiej wyspie Zakynthos. Pozwolę sobie objaśnić. Zatem...



To jest wyspa. Jest mała i odłączona od całej sieci popularnych greckich wysepek. Ma to swoje wady, ma i zalety.
Na wyspie jest lotnisko, na którym do jedzenia można kupić wyłącznie kanapkę z serem, mielonką i pomidorem. Jest okropna (4,5 euro). Na pozostałe jego elementy nie mam co narzekać, bo się nie znam.

Na mapce zwinnie zaznaczyłam trasę, którą pokonaliśmy oraz punkty docelowe, które były niedostępne dla - powiedzmy - przeciętnego turysty. Nie organizowano tam wycieczek, nie można było przejść się na nie spacerkiem. Generalnie grubsza sprawa. Ale od początku...






Nasza miejscówka to Argassi. Miasteczko w niczym nie przypominające greckiego miasteczka. W niczym. To angielskie Las Vegas z ulicami (sztuk 2) pełnymi banerów, reklam i informacji "Angliku, u mnie zjesz najlepsze burgery i frytki". Bo takie jedzenie tam się podaje. Centrum jest "Magic Mushroom". Disco disco ponad wszystko, gdzie usłyszycie największe przeboje taneczne ever.

Grecy wychodzą z założenia (słusznego!), że skoro przyjeżdżają do nich SAMI ANGLICY i chcą jeść TYLKO ANGIELSKIE JEDZENIE i bawić się tylko w angielskim stylu i leżeć na basenie czytając angielskie książki, to oni na tym zarobią. I zarabiają. Śniadania po angielsku (bekon, fasolka, kiełbaska, jajko sadzone i tosty) to normalka. Do większości dań podawane są frytki, a większość dań to hamburger. Największe disco obok Madżik maszruma to Avalon (atrapa zamku strasząca przy głównej ulicy), a przy każdym basenie stoi półka z angielskimi książkami.

A to wszystko - jak wspomniałam - związane jest z faktem, iż Argassi to kolonia angielska. Nie ma tam klimatu urokliwego greckiego miasteczka z białymi domkami i niebieskimi drzwiami. Pierwszego dnia jak to zobaczyłam byłam bardzo rozczarowana. Później okazało się, że Argassi potrafi mi te "lasvegasowe" niedogodnienia wynagrodzić.


Przede wszystkim udało nam się odszukać jedyną w miasteczku prawdziwą grecką knajpę, w której pracowali tylko Grecy (a uwierzcie mi, to wcale nie było takie oczywiste, większość obsługi na wyspie to angole), i w której podawano prawdziwe greckie jedzenie - FANTASTYCZNE! Knajpa nazywa się ZORBAS, a jej właścicielem jest Yiannis, uroczy Grek, który z całą swoją rodziną tworzy niezwykły klimat tego miejsca. Tam pierwszego dnia zjadłam musakę.



Później baraninę, szaszłyki (pyszne!), rybę... dostaliśmy też od szefa prawdziwą oliwę z oliwek, którą robi z żoną dla swoich domowników. Podał nam ja w plastikowej butelce po wodzie mineralnej. Byliśmy przeszczęśliwi.

Kolejną nagrodą był dmuchany żółw i szalone na nim plażowanie. Dla amatorów budowania zamków z piasku - Argassi nie jest dobrym wyborem. Piaszczysta plaża to nie jest określenie, które pasuje do tej miejscówki. Ale to akurat w niczym nie przeszkadzało.

Jeśli ktoś będzie wybierał się na Zakynthos, warto sprawdzić nie tyle piaszczystość plaży, co piaszczystość dna w morzu. Bo w końcu muszą być jakieś priorytety :)





A w pełni ekstazy byłam, gdy zobaczyłam wodę. Po prostu - wodę w morzu. To było coś niezwykłego. Jest tak przezroczysta, jakby jej nie było. Ale o wodzie będzie jeszcze później, więc teraz tylko zagwarantuję czytającym chwilowe westchnięcie i lecę dalej.

No to wyruszamy. Podróżując po wyspie samochodem warto mieć świadomość jak niewielkie odległości dzielą poszczególne miejscówki. Trzeba jednak pamiętać, że ilość kilometrów ma małe znaczenie w określaniu przybliżonego czasu przejechania. O tym decydują górki, zakręty i konieczność cudownego rozmnożenia drogi jednopasmowej (ledwo ledwo) na drogę dwupasmową.











Pierwszą miejscówką, w którą pojechaliśmy była Limniona, a dokładnie Porto Limniona. Dojazd jest bardzo trudny, ale warto.

Jest to miejsce, które nie jest wolne od turystów, ale zniechęca ich skutecznie swoją "dzikością". Zejść do wody można tylko po skałach (co przypłaciłam rozcięciem ręki i nogi), a odpocząć można tylko na kamieniach lub na górce, która pokryta drzewami daje przyjemny cień. Trzeba tylko uważać na mrówki, bo gryzą jak złe.






Z Limniony ruszyliśmy do Keri. Tą miejscówkę poleciły nam Czeszki pracujące w Argassi.



W Keri rzeczywiście jest ładnie. I to w zasadzie tyle pozytywów, które możemy na temat tego miejsca z siebie wykrzesać. Jest tam strasznie drogo, przy plaży jest główna droga, którą jeżdżą autobusy i ciężarówki, a całość zamknąć możemy w haśle grecki Sopot.



Podobne obiady jadłam na stołówce Uniwersytetu Śląskiego, joł. Tylko one były za 7 zł :)


Kolejnym etapem naszej wyprawy była plaża Gerakas. Jadąc na nią nie wiedzieliśmy jeszcze, co nas spotka. Okazało się, że jest tam rezerwat żółwi.

Plaża sama w sobie jest niezwykła, piasek jest tak przyjemny, że aż chce się w nim zakopać. Robić tego nie można, bo żółw zwierze wymagające, musi mieć wszystko na swoim miejscu. Dlatego ludność miejscowa i napływowa może plażować w odległości do pięciu metrów od wody (często do 2, 3), ma zakaz budowania czegokolwiek z piasku, tworzenia różnic wysokości itd. Oczywiście jest bezwzględny zakaz grania we wszelkie piłki, biegania itd. Wszystko, by ochronić jaja żółwia morskiego Caretta-Caretta.








I na koniec - Dafne Beach. Droga do tej plaży była bardzo ciężka. Były chwile, kiedy miałam wrażenie, że nasz samochód stoi pionowo, a jego przyczepność z każdą sekundą maleje. Podróż nie była łatwa, ale widoki - świetne. Odpoczęliśmy na miejscu siedząc na wielkim kamieniu i padnięci wróciliśmy do hotelu.






Kolejną naszą wyprawą był rejs statkiem dookoła wyspy. Nieopatrznie, z wygody nie z wyboru, udaliśmy się na rejs, którego znaczącą część stanowili Polacy. I muszę to napisać - drodzy rodacy. NIE CHODZI SIĘ W SLIPACH. PO PROSTU SIĘ TEGO NIE ROBI! To godzi w estetykę i dobry smak ludzi normalnych. I mogłam sobie napisać, bo w przyszłym roku znów dopadnie mnie slipmen z Polski. Bankowo.




(żeby nie było - gość w czerwonych szortach był Francuzem).


Podczas rejsu zaplanowano trzy relaksacyjne wodne rozkosze. Pierwsza odbyła się w miejscu niezwykle urokliwym, gdzie woda mieniła się kolorami, a mimo ogromnej głębokości - widzieliśmy dno morza.









Ostatnim punktem naszej wyprawy, który zdecyduję się opisać, jest oczywiście zatoka wraku. Miejsce przepiękne, z krystalicznie czystą wodą, która - dzięki kamieniom, wyglądała jak mleko. Zachwyciliśmy się tym miejscem bardzo.




Mogłabym i napisać więcej i zdjęć więcej wrzucić. I pewnie tak zrobię, ale... było tak fantastycznie, że nie skupiałam się na fotach, dlatego są jakie są albo nie ma ich w ogóle. Cudowny wyjazd, przepiękna wyspa i znakomite towarzystwo. MIŁOŚĆ.

:)





No i pozdro 600 myyyy... :P





Komentuj (5)


Link :: 24.08.2010 :: 12:37

Jeszcze na chwilę - Gosia i Asia. Rozmowy, "grill" i leniuchowanie. Jeszcze przedwoodstockowe. W ramach wzruszeń :)


Komentuj (0)


Link :: 10.08.2010 :: 15:10
Moi rodzice wraz z siostrą przyjechali do Warszawy. Było spoko oraz fajnie, a Mariott na najwyższym piętrze to kicha, mówię Wam. Zobaczyliśmy, zwiedziliśmy, zjedliśmy. Restauracja Bazyliszek jest straszna i "najgorzej", a Literatka jak zwykle daje radę.

Co zrobić, nic nie robić. Oglądać i przyjeżdżać.


Moja mama i siostra Zuzanna, za nimi wielki Pałac, na który wjazd kosztuje niebotyczne pieniądze, co uważam za bezsensowne.




Fajny widok. Zwłaszcza, gdy ma się taki w pokoju. Za każdym razem, zerkając w okno, miałam zawał




Zmęczone dziecko (ja chcę do fontanny!), a nieopodal (co na zdjęciu jest niewidoczne, wręcz ukryte) moja mama kupująca masaż-cośtam






Po mej obronie można zapisywać się na przyjezdne weekendy. Słyszysz Małpo?!


Komentuj (3)


Link :: 10.08.2010 :: 15:04
Przyroda.

Ostatnio mam na nią chęć i ochotę. Lubię się w krzakach pokręcić. Tak, zdecydowanie przyroda jest spoko.







Komentuj (1)


Link :: 11.05.2010 :: 12:04

Pierwsza Komunia Zuzanny.


Komentuj (2)


Link :: 05.05.2010 :: 10:49

Majówka odbyła się znakiem łódki. Ekipa wyruszyła nie bez przygód i nie bez przygód dotarła. Pierwszego dnia oczywiście nie było mowy o wypływaniu, więc cały dzień spędziliśmy beztrosko się kręcąc. Ot, tak to już jest, kiedy Komandor "będzie za pół godziny" Misza dowodzi.

Choć wyruszenie miało mieć miejsce w piątek, przeniosło się na sobotę, kiedy większość z bólem głowy oczekiwała na akumulator i "to coś" do silnika :)

Także - żeby nie było - OIS.PL - rozrywkowo i odjazdowo to może i jest, ale jak sobie zorganizujesz. I jeśli będą Wam mówić, że coś dostaniecie "za pół godziny"...


W każdym razie - wszyscy chyba zaliczają wyjazd do udanych. Bo taki był! Szaleństwa nie kończyły się, o nie, łódeczka bujała, wszystko na swoim miejscu. Tylko dziś poobijani jesteśmy :)

No ale koniec już tego gadania, czas na foty. Przestrzeń jeziorna - na rozgrzanie




Przedstawię załogę może

Hubi "ja nie będę zakręcał butelek" Sternik :) Zarządca na pokładzie.





Ania i Karola - bo każdy musi znać swoje miejsce :)





Michał, który dołączył do nas "na dokładkę". Szczęśliwie dobrze na siebie trafiliśmy :)





Piotrek, który przybył z Karoliną





Kempa - największy wariat na świecie, który nie jest w stanie ogarnąć różnicy między "do siebie" i "od siebie", co zresztą pokazuje fotografia, na której Kempa stara się płynąć do celu :)





Iwan. Prócz bycia najwspanialszym mężczyzna na ziemi, jest także zdolny do poświęceń (palce i plecy do wywalenia) i - jak sam podkreśla - skutecznego zarządzania dziobem.





Stawianie, składanie, składanie, stawianie...










Czas opowiedzieć trochę o przestrzeni.

Miejsce, które na zdjęciu zajmuje Iwan, to "najgorzej, najgorzej, najgorzej". Stojąc tam zajmujesz się podawaniem, odkładaniem, przekładaniem i szukaniem :)





Piotrek prezentuje Państwu miejsce standardowe, które pozwala na ogarnianie foka, a także na wygodne siedzenie. Wygodne przez pierwsze dni, bo później (nie wiedzieć czemu) to siedzenie boli!




Relaks na dziobie. Przy takim wietrze spokojnie można rozłożyć się i dumać, bo o żadnych ruchach żaglami nie ma mowy.





Spanie. Osobny temat :) Niestety, nie udało mi się zarejestrować naszego legowiska, ale za to mam Anię i Huberta.




Jak to ułożyć? Czyli systemy rozpracowania kostki Rubika.




Podobno to już tradycja. Nie wiem, nie brałam w niej czynnego udziału. Ale widać było, że nie jest to zwyczaj ani łatwy, ani przyjemny :) :P




A w porcie w Sztynorcie przyszedł czas na rybki. Prawdziwe! Karolina i Piotrek to ogarniacze nr 1! (wybrałam jakoś tak dziwnie zdjęcie, na którym ryby może nie widać, ale głowę odkrojoną już tak!)






A na koniec jeszcze prezentacja łajby, żeby można było sobie zatęsknić.














Komentuj (1)


Link :: 27.04.2010 :: 15:21

Moja magisterka... ech, trochę się to wszystko pomieszało. Była już prawie gotowa, a tu trzeba pisać ponownie, raz jeszcze, znów. A wszystko za sprawą pewnej książki.




Biorą chętnie.




Mam na Ciebie kilka kolorowych karteczek, kolego! Ha! :)



Komentuj (0)


Link :: 20.04.2010 :: 15:47
Pewnego dnia, a było to jakiś czas temu, wybraliśmy się ochoczo do lokalu, którego nazwy nie będę zdradzać. Spotkaliśmy się dość niespodziewanie, ale jakże było miło, ach jakże.

Na przedstawionych fotografiach wykonanych aparatem "to jest jakiś megalomiacz?" przez osoby różne i różniste.

Nikt nie został zapytany o zgodę na publikację, w związku z tym sama dorzucam zdjęcie z moją osobą, także niepierwszej jakości.

Były tańce i zabawa. Aaa, jeszcze coś. Zdjęcia, jak sobie właśnie przypomniałam, są połączeniem imprez, które odbyły się w dniach zasadniczo rónych, jednak miejscówka pozostała ta sama. Rozróżniamy po obecności Winiego. Jak jest, to jest, a jak nie, to nie.

No.

















Taka zabawa.


Komentuj (1)


Link :: 26.03.2010 :: 12:24
Przedstawiam Państwu koncertowe wydanie zespołu Lechistan.

Występują:
Magdalena Tejchma - ney, ganassi recorder, shawm, zurna
Maciej Chwała - piano
Artur Krawczyk - bass
Wojciech Lubertowicz - bendir, riqq, daire, daf
Hubert Połoniewicz - kanun, ney


www.lechistan.art.pl





























Komentuj (0)


Link :: 22.03.2010 :: 12:21
Goście, goście.

Wprawdzie byli już jakiś czas temu, ale ja dopiero dziś mam chwilę, by tematem się zająć. Najpierw Stopa, bo była pierwsza.

Zwiedzanie było dość tradycyjne, fajerwerki raczej spokojne, a noc bez aparatu :)


Zaczynamy od końca, bo jakoś tak wyszło. W drodze na Centralny :)



Zygi był zachwycony wizytą, w związku z tym promieniał. Tak, dokładnie - promieniał!




Wilanów zaskoczył nas martwą - żywą ręką, która w budce kasowej straszyła nielicznych przechodniów. I bieg na autobus dookoła. Bo przygoda być musi!




Ilonka i tradycyjny warszawski Paw




Ledwo Chopin. Tu pograł, tu tłem zacnym stał się. Oto, oto Oni.







No i w sumie to tyle jeśli chodzi o Stopę. Później przyjechała moja Siora Ata z Krzysztofem oraz Rychlakiem :)

In da balkon. Już się robiło cieplej, a nasz balkon inaugurację sezonu wiosennego ma już za sobą. Także tak.




Po przyjeździe dziarsko rozpoczęliśmy zwiedzanie




Główną atrakcją okazały się pegazki - przez stepy, przez pola...









Nazywany Starym Miastem - przez jednych, atrapą przez drugich. Tam też byliśmy! :)






Szał Maryjny





Zobacz, Bocian!




U Pana Prezydenta. Wieczorem też do niego zapukaliśmy :)




Jego rok, to być musi, nie ma siły. Chopin ponownie na naszej trasie.




No i tyle :)




Komentuj (1)







[Księga gości]



2011
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj




trzaskprask.
bialekozaczki.



bosy.
koza.



bedur.
bartpogoda.
ogien.
piotrusb.
hakkepeachpit.
weatherman.
satyr88.
ptasiemleczko.
anahitaz.
burkinafazo.
kicz.
p-apier.
majty.
roztopolotu.
szczerbik.
undaar.
kociak.
marekkopec.
webber.
tymonski.
zaoknie.
eselowu.
chudkiewicz.
tasman.



vhm-design.
brandnumedia.
ekiselev.
recycledarea.
neilduerden.







zrobił:
bosy